poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Seans szósty : „Let’s dance, bailamos, zatańczmy”

Witajcie słuchacze i czytacze.
Czy wiecie, ze taniec jest jedną z najstarszych sztuk pięknych, obecną we wszystkich epokach i kulturach? Od tysięcy lat ludzie przekazywali swe opowieści w formie tańca, tańczyli po to by sprowadzić deszcz, zapewnić pomyślność łowów, wzbudzić w sobie odwagę przed walką, odprawić rytuały religijne. W kulturze europejskiej najwcześniejsze wiadomości na ten temat pochodzą od Homera, który w Iliadzie opisuje grecką Choreę. Starszy jeszcze opis tańca jaki dotrwał do naszych czasów pochodzi ze Starego Testamentu i odnosi się on do Króla Dawida tańczącego przed Arką Przymierza. Stopniowo taniec stał się również rozrywką i został zaliczony przez socjologów do tzw. czynności kulturalnych. Każdy ma dość jasne wyobrażenie o tym, czym jest taniec, potrafi jeśli nawet nie opisać, to przynajmniej  rozpoznać  kilka podstawowych tańców i prawdopodobnie sam kiedyś coś tańczył, nawet jeśli nie były to akrobatyczne rock’n’rolle, gorące rumby  lub klasyczne paso doble. Dlatego dziś proponuję : potańczmy.
Na początek, na rozgrzewkę , proponuję piosenkę, która nie wiem czemu zawsze wywołuje u mnie ochotę do tańca. I nie pytajcie, czemu tak jest, bo sama nie potrafię tego wyjaśnić.

Po tej rozgrzewce możemy iść na całość. Termin rock and roll lub rock 'n' roll został zaczerpnięty z języka angielskiego i oznacza 'kołysać i kręcić się'. Stanowi podstawę  wszystkich stylów rockowych. Sam termin "rock and roll" został zaczerpnięty bezpośrednio z tradycji bluesa, w której był aluzją do aktu seksualnego. Po raz pierwszy termin ten w znaczeniu stylu muzycznego został użyty przez Alana Freeda w 1951 roku. Rock and roll powstał w USA w połowie lat 50tych XX wieku,  a jego prekursorami byli między innymi Elvis Presley, Chuck Berry i Jerry Lee Lewis. We wczesnych latach 60tych zaczął zdobywać sobie popularność w Europie. Z początku rozwijał się za sprawą odwiedzających ją muzyków amerykańskich, a następnie tworzony był przez rodzimych muzyków, głównie brytyjskich, których przykładem może być grupa The Beatles. To co, skaczemy?

Z wczesnego rock’n’rolla rozwinęła się odmiana tańca, która szybko zyskała ogromną popularność  w latach 60tych i została na parkietach praktycznie do dziś – twist. Polega na wykonywaniu energicznych ruchów (skrętów) nóg, bioder i rąk. Partnerzy tańczą praktycznie w miejscu nie trzymając się. Znani wykonawcy tej muzyki to na przykład Chuck Berry, Pat Boone i Chubby Checker. Znamy chyba wszyscy takie hity taneczne jak „Let’s twist again” czy Beatlesowskie „Twist and shout”. No to może dodamy do ruchów podstawowych parę figur?


A teraz klasycznie. Walc jest tańcem wirowym pochodzenia niemieckiego, o umiarkowanym tempie, w takcie 3/4. Był początkowo tańcem podmiejskim; tańczono go tylko w podrzędnych lokalach. Tempo tańca początkowo było wolne, wirowano na jak najmniejszej przestrzeni, czyli w miejscu, i to uchodziło za dowód kunsztu tanecznego. Z przedmieść walc wkroczył do sal balowych i do salonów mieszczańskich, a nawet arystokracji. Rozróżnia się przede wszystkim walc wiedeński o dość żywym tempie i walc angielski o romantycznej melodii i wolniejszym tempie.

Pozostajemy w kręgu tańców klasycznych ale podgrzejemy trochę atmosferę. Tango – zmysłowe i gorące. Pochodzi z Buenos Aires  w Argentynie i Montevideo w Urugwaju. Obecnie istnieje wiele odmian tanga, argentyńskie, amerykańskie, fińskie. Chyba najbardziej znanym tangiem na świecie jest „La Comparsita” Gerardo Rodrigueza, a w Polsce „Tango milonga” Jerzego Petersburskiego. W ostatnich czasach triumfy popularności świeciło „Cell Block Tango” z musicalu „Chicago” oraz „Tango Roxanne” spopularyzowane przez musical „Moulin Rouge”. Współczesnym zespołem muzycznym czerpiącym inspiracje z tradycyjnej tanecznej muzyki tango jest Gothan Project, w Polsce  natomiast El Tango, choć pierwszym utworem, który przyjdzie nam zapewne na myśl będzie „Do tanga trzeba dwojga” Budki Suflera.   Specjaliści twierdzą, że nie da się zatańczyć tanga, jeśli nie ma się w sobie odpowiednio mocnych emocji. Spróbujemy?


A teraz zagadka. Oczywiście trzeba zgadnąć,  co to za taniec. Pierwsza podpowiedź: jest pochodzenia brazylijsko-boliwijskiego. Druga : zyskał popularność na świecie w latach 80tych XX wieku. Trzecia: zyskał popularność dzięki jednej właściwie piosence, którą jako pierwsza śpiewała Lucia Mendez, ale to nie ona spopularyzowała ten utwór i taniec zarazem. Czwarta podpowiedź : dwa lata później, a był to rok 1989, wytwórnia BMG wydała tą piosenkę zespołowi, który ja upowszechnił. Piąta podpowiedź: piosenka była śpiewana najpierw po hiszpańsku, a potem po portugalsku. I koło ratunkowe: video clip pokazywał historię znajomości dwojga dzieciaków, których połączył tenże taniec, a tata dziewczynki próbował ich rozdzielić do momentu, kiedy sam został porwany do tańca przez wokalistkę zespołu grającego w plażowym barze, gdzie działa się cała akcja. Już wszyscy wiedzą?

Pozostajemy w kręgu gorących, południowo- i środkowo- amerykańskich rytmów. Najpierw zajrzymy na chwilę na Kubę. Cha cha i  rumba to tańce kubańskie, bardzo zresztą piękne. Ja jednak jestem zwolenniczką mambo.  Mambo powstało w latach 30tych XX wieku, ale szczyty popularności tego tańca to lata 40te i 50te XX wieku. Jest to fuzja swingu i muzyki kubańskiej, w parzystym metrum, nieco podobne w krokach do samby, jest jednak bardziej „miękkie”. Obecnie często pod nazwą mambo rozumie się salsę w tzw. stylu New York. Mambo jest wciąż popularne dzięki takim filmom jak „Dirty Dancing”. Więc pouczmy się od mistrzów!

 

A teraz – do Brazylii. A jak Brazylia to oczywiście samba. Typowe tempo samby to ok. 54-56 taktów/min. W Sambie nałożone są na siebie dwa rytmy: rytm synkopowany (ósemka z kropką, szesnastka i ćwierćnuta), rozliczany jako na "raz-e-dwa" oraz rytm składający się z czterech ósemek, rozliczny jako "raz-i-dwa-i". Figury podstawowe można tańczyć w trzymaniu zamkniętym (prawa dłoń partnerki trzymana przez lewą dłoń partnera mniej więcej na wysokości ich wzroku, lewa ręka partnerki leży luźno na prawym barku partnera, prawa dłoń partnera na lewej łopatce partnerki) lub w trzymaniu otwartym (prawa dłoń partnerki trzymana przez lewą dłoń partnera na wysokości bioder, prawa ręka partnerki oraz prawa dłoń partnera odprowadzone naturalnie do boku na wysokości barku). Samba ma charakter progresywny – tańcząca para szybko przemieszcza się po całym parkiecie. Samba zwana jest tańcem kochanków. Jest tam bardzo dużo ruchów intymnych, wyrażających uczucia. Ruch samby przypomina falowanie partnerów. W wielu figurach partnerzy kolejno obiegają się dookoła, jakby starając się przechytrzyć nawzajem i wyprzedzić w drodze do mety. By zwiększyć dynamikę i progresję tańca, ciało jest utrzymywane nad przednią częścią stóp. Charakterystyczny falujący ruch w sambie w znacznej mierze wypływa z pracy przepony polegającej na wypychaniu do przodu bioder i potem ich powrocie do tyłu. Wszystko jasne?

Aż wreszcie nadeszły lata 70te. Błyszczące i migoczące w rytmie 4/4 tzw. four-to-the-floor, nieakcentowanym. Styl znany pod nazwą disco, rozwinął się początkowo w Stanach Zjednoczonych pośród społeczności afroamerykańskich i hiszpańskich. Najistotniejszy wpływ na powstanie gatunku miały gatunki funk i soul.  W połowie lat 70tych powstawało coraz więcej dyskotek, disco stało się obecne w mediach, a także w filmie, wydawano dyskotekowe czasopisma, istniały liczne stacje radiowe nadające disco całą dobę. Muzyka disco była jednym z elementów subkultury disco, dominującej w młodzieżowej kulturze masowej tamtych czasów. The Rubettes „Sugar baby love”, Blondie „Heart of Glass”, Gloria Geynor „I will survive”, Donna Summer „Bad girl”, Diana Ross „Upside down” to tylko kilka przykładów tego, co się wtedy tańczyło. Muzykę dyskotekową do perfekcji doprowadził zespół Bee Gees, którego okres największej popularności (koniec lat 70.) zbiegł się ze szczytem dyskotekowego szału. Ten sam zespół napisał też muzykę do dyskotekowego filmu „Gorączka sobotniej nocy”. Jesteście gotowi na 10 minut dyskotekowego szaleństwa z samym Johnem Travoltą?

Skoro mowa o tańcu, to nie może zabraknąć tego, o którym mówiło się „Król Popu” i którego taniec jest natychmiast rozpoznawalny, przede wszystkim za sprawą  moonwalka, ruchu tanecznego, mającego na celu wywołanie złudzenia, że tancerz porusza się do przodu, lecz w rzeczywistości porusza się do tyłu. Moonwalk stał się znakiem firmowym Michaela Jacksona, wykonywanym przez niego wielokrotnie podczas kolejnych pokazów . Jackson nie wynalazł tego ruchu tanecznego, lecz doprowadził go do perfekcji i nadał mu nazwę, wprowadzając go na stałe do kultury amerykańskiej. Ale nie tylko moonwalk. Obrót, zatrzymanie się, wymach nogą, zsunięcie kurtki, obrót, stop. Kopnięcie, nogawki do góry, przesunięcie, ręka w bok. Kapelusz, obrót, rozkrok, stop. Wszystko to właśnie on.  

A kto pamięta takie hity jak „What is love”,  „The rhythm of the night”, „All that she wants”, „Everybody’s free”, „Rhythm is the dancer”, „Jump”, „Another night”, „It’s my life”, „Mr Vain”,  „Sweet dreams”,  „Sombody dance with me”, „Tribal Dance”, „Coco jumbo”, „I’m a dreamer”, „Scatman” czy „Be my lover”? Tak, tak, lata 90te obfitowały w muzykę do tańca, niektórzy twierdzą też, że to najlepszy czas tanecznej muzyki elektronicznej i że bez stworzonych wtedy utworów nie byłoby techno, house ani dubstepu. Pozwólcie, że powspominam wraz z wami czasy, kiedy zdarzało mi się być DJem (a może DJką raczej ;) ) i „gibałam się” za stołem ze słuchawkami na uszach zmieniając płyty i zerkając w szalejący tłum.

Pora kończyć, bo wszyscy chyba już padają. Na koniec piosenka, która mi się bardzo tanecznie kojarzy. I teraz też, tak jak na początku, pozostawię was bez wyjaśnienia dlaczego. ;)


niedziela, 7 sierpnia 2011

Seans piąty : „Od bram świtu na psychodeliczne śniadanie u Alana.”

Witajcie słuchacze i czytacze.
Dziś zabiorę was w podróż w czasie i przestrzeni z jednym zespołem. Jest rok 1965, Londyn. Po wielu różnych opcjach towarzyskich i sprawdzeniu wielu układów emocjonalnych, w pokoju zostało czterech facetów chcących tworzyć razem muzykę. Malarz, gitarzysta, poeta i wizjoner Syd Barret zmienia kolejna płytę i raczy swoich kolegów następną porcją muzyki. Oprócz niego w pokoju siedzi Nick Mason, bawiąc się swoimi pałeczkami od perkusji, Richard Wright, bębniący palcami po stole i Roger Waters, tulący do siebie basówkę. Wreszcie nadchodzi oczekiwany pomysł. Z dwóch płyt długogrających, wyciągniętych na "chybił trafił" z kolekcji Barretta, wybrano imiona dwóch klasycznych bluesmanów - Pinka Andersona i Floyda Councila. W ten sposób zrodziła się nazwa The Pink Floyd Sound, która na prośbę menadżerów grupy, Petera Jennera i Andrew Kinga, została skrócona do Pink Floyd, nazwa, którą zna cały świat.
Zespół odbył wiele udanych koncertów w londyńskich klubach. Szczególnie upodobali sobie występy na cotygodniowych imprezach Spontaneous Underground w klubie Marquee oraz w klubie UFO, goszczącym często gwiazdy ówczesnej alternatywy. Publiczność lubiła psychodeliczną atmosferę ich koncertów, popisy gitarowe Barreta, innowacyjność w wykorzystaniu instrumentów, awangardowe pomysły, wprowadzenie elektronicznych efektów dźwiękowych do muzyki, zaskakujące aranżacje. Dokonali pierwszych nagrań, część z nich nigdy nie ujrzała światła dziennego, ale ukazała się najpierw ścieżka dźwiękowa do filmu Tonite Let's All Make Love In London, a potem singiel Arnold Layne/Candy And A Currant Bun. O prawa do wydania pierwszego singla zespołu konkurowały dwie firmy, Polydor i EMI. Znacznie lepsze warunki finansowe zaproponowała EMI,  co doprowadziło do podpisania z nią kontraktu. Z tą wytwórnią zespół związał się na stałe. 5 sierpnia 1967 roku w profesjonalnym studiu Abbey Road, za sąsiadów zza ściany mając nagrywającą płytę Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band grupę The Beatles, Pink Floyd zakończył pracę na swoim pierwszym albumem The Piper at the Gates of Dawn (Kobziarz u bram świtu), bajkowo – psychodelicznym dziełem, które dotarło na Wyspach Brytyjskich do szóstej pozycji list przebojów i otworzyło Pink Floyd drogę do międzynarodowej kariery.


Zespół ruszył na swoje pierwsze tournee po Wielkiej Brytanii, a potem po USA, gdzie występowali m.in. razem z Janis Joplin. Niestety, lider zespołu sprawiał coraz więcej problemów. Uzależniony od narkotyków Barrett nie zjawiał się na koncertach, bądź też nie był zdolny do wyjścia na scenę. Kiedy podczas kolejnej sesji nagraniowej w Abbey Road  Barrett znów nie był w stanie uczestniczyć w pracach zespołu, do studia przybył dawny przyjaciel Barretta i Watersa z czasów szkolnych, David Gilmour. Niemal natychmiast otrzymał propozycję przystąpienia do zespołu w roli gitarzysty i wokalisty. Pink Floyd zaczęli więc pracę w pięcioosobowym składzie, szybko jednak okazało się, że problemy Barretta są dużo poważniejsze, niż wcześniej przypuszczano, u lidera grupy rozpoznano bowiem schizofrenię i ostatecznie opuścił on zespół 2 marca tego roku. Mimo że nikt nie wierzył w sukces Pink Floyd bez wielkiego lidera, jakim był Barrett, wydana 29 czerwca 1968 roku płyta A Saucerful of Secrets (Spodek pełen sekretów) odniosła spory sukces: album zebrał bardzo dobre recenzje i dotarł do dziewiątej pozycji list przebojów, pokazał też, że Pink Floyd to już nie tylko gwiazda londyńskiego podziemia, ale zespół dojrzały, pełen pomysłów na własny styl i nie bojący się eksperymentów.


Niemal cały 1969 rok grupa spędziła koncertując. Ich występy były równie nowatorskie pod względem muzyki, jak i oświetlenia, efektów specjalnych czy dźwięku i przypominały momentami spektakle teatralne. Grupa wykorzystywała na niespotykaną wtedy skalę pokazy slajdów i filmów oraz skonstruowany specjalnie na ich zamówienie skomplikowany system nagłośnienia pozwalający imitować efekt wydobywania się dźwięku z dowolnego punktu sali. Oprócz tego zdążyli jeszcze wejść do studia i 27 lipca ukazał się kolejny album More (Więcej) zawierający ścieżkę dźwiękową do filmu Barbeta Schroedera o tym samym tytule. Plotka głosi, że zespól dostał zamówienie na muzykę z dużym wyprzedzeniem, nie chciało jednak im się zabrać do pracy i w efekcie stworzyli utwory „na kolanie”, na kilka dni przed ostatecznym terminem. Krytycy twierdzą, że album sprawia wrażenie zbioru pomysłów odrzuconych przez zespół z innego projektu i z małymi wyjątkami odbiega od poziomu prezentowanego przez Pink Floyd. Ale za to jakie są te wyjątki!


W 1969 roku, 25 listopada, ukazał się jeszcze jeden album Pink Floyd. Podwójny album Ummagumma (Sex - slang Cambridge) był przełomowym w historii grupy. Pierwsza płyta to zapis koncertu, na którym grupa gra swoje najbardziej psychodeliczne utwory, druga zaś była zaś eksperymentem awangardowym w stylu progresywnego rocka. Każdy z czterech muzyków skomponował swój własny materiał: Wright czteroczęściowy utwór cykliczny zagrany na różnych instrumentach klawiszowych przy akompaniamencie bębnów, Waters  dwie folkowe piosenki z nieoczekiwanymi zmianami rytmiczno – melodycznymi, Gilmour trzyczęściową etiudę na gitarę elektryczną i akustyczną, a Mason studium na instrumenty perkusyjne.


Wkrótce potem, bo 9 lutego 1970 wyszła płyta ze ścieżką dźwiękową do filmu Michelangelo Antonioniego Zabriskie Point (nazwa oznacza punkt widokowy w Parku Narodowym Doliny Śmierci w Stanach Zjednoczonych). Początkowo zespół miał nagrać całą ścieżkę dźwiękową do filmu, ale współpraca zespołu z reżyserem nie okazała się łatwa. Dość dużo utworów skomponowanych do filmu nie znalazło w nim miejsca, część muzycy wykorzystali potem na innych płytach. Trzy kompozycje ukazały się na pierwszym wydaniu płyty – "Heart Beat, Pig Meat", "Crumbling Land" oraz "Come In Number 51, Your Time Is Up". Ten trzeci utwór to nic innego jak znany z płyty Ummagumma utwór Careful with that axe, Eugene ze zmienionym tytułem. Płyta doczekała się wznowienia w 1997 roku i wtedy znalazły się na niej cztery kolejne utwory grupy. Mimo że zespół nie napisał całej sciezki, to jednak akurat te skomponowane przez nich utwory pojawiają się w bardzo charakterystycznych momentach filmu, będącego przecież swoistym hippisowskim manifestem.


Sukces mocno eksperymentalnej Ummagumma sprawił, że grupa zapałała chęcią stworzenia czegoś jeszcze bardziej progresywnego. We współpracy z kompozytorem Ronem Geesinem skomponowali 23-minutową suitę na wiolonczelę solo, orkiestrę dętą, chór i grupę rockową. Zatytułowali ją Atom Heart Mother (Matka o atomowym sercu), był to tytuł artykułu w gazecie The Evening Standard, o kobiecie w ciąży z atomowym rozrusznikiem serca. Ten sam tytuł otrzymał cały album wydany 10 października 1970 roku, na którym oprócz zajmującej całą stronę A suity znalazły się też utwory z głównego nurtu psychodelicznego rocka oraz zamykający płytę, trzynastominutowy utwór Alan's Psychedelic Breakfast (Psychodeliczne śniadanie Alana), składający się z kilkunastu krótkich instrumentalnych przejść, przerwanych nagranym procesem przygotowywania śniadania przez jednego z inżynierów dźwięku Pink Floyd. Utwór kończył się dźwiękiem spadających kropli wody ze zbyt słabo zakręconego kranu. Dźwięk ostatniej kropli został zapisany na zamykającej ścieżce winylowej płyty tak, że mógł być odtwarzany w nieskończoność. Tego efektu niestety nie udało się odtworzyć na CD. Dla wielu fanów grupy oraz krytyków płyta ta była szczytowym osiągnięciem grupy, dla innych ślepym zaułkiem i z ciekawością przyglądano się, jak z niego zespół wyjdzie. Ale o tym nastepnym razem.


niedziela, 31 lipca 2011

Seans czwarty : „Czas nie czeka na nikogo”

Witajcie słuchacze i czytacze.
Tik tak, tik tak, tik tak, tyka zegar, płynie czas. Tik tak tik tak, czas ucieka, tik tak, tik tak, „czas tak wolno płynie dla tych, którzy czekają”.

Jakże to dziwne jest – czas. Coś było wczoraj, coś jest dziś, czegoś nie będzie jutro. Czas upływa tak niepostrzeżenie, jak woda w rzece, rzeka pozostaje, ale woda jest już całkiem w niej inna. „Kto wie kiedy jeszcze się spotkamy, jeśli w ogóle, bo czas płynie jak rzeka do morza…”

Kiedy czas upływa zaczynamy wspominać : kiedyś było tak, kiedyś było inaczej. Tęsknimy za tym co było, za tym co zostawiliśmy gdzieś daleko za sobą. I najczęściej bywa  tak, że wydaje nam się, że dzień wczorajszy był dwa razy lepszy od dnia dzisiejszego i tęsknimy, „tęsknimy za wczoraj”…

„Yesterday, there was so many things
I was never told
Now that I'm startin' to learn
I feel I'm growin' old”

Lubimy liczyć czas, bo wtedy myślimy, że mamy nad nim kontrolę. Mamy więc wieki, lata, miesiące, tygodnie, dni, godziny, minuty i sekundy. Sekundy są takie maleńkie, ale czasem tak ważne, czasem wystarczy siedem sekund...

Madonna: Time is waiting
Justin: We only got 4 minutes to save the world
Madonna: No hesitating
                 Grab a boy
Justin: Grab a girl
Madonna: Time is waiting
Justin: We only got 4 minutes to save the world
Madonna: No hesitating
Justin: We only got 4 minutes, 4 minutes

Upłynęło siedem sekund, upłynęło cztery minuty, a co będzie sześć lat później?

Ileż razy myślimy sobie :
„If I could turn back time
If I could find a way
I'd take back those words that hurt you and you'd stay
I don't know why I did the things I did
I don't know why I said the things I said
Pride's like a knife it can cut deep inside
Words are like weapons, they wound sometimes.
I didn't really mean to hurt you
I didn't wanna see you go
I know I made you cry, but baby
If I could turn back time
If I could find a way
I'd take back those words that hurt you
And you'd stay
If I could reach the stars
I'd give them all to you
Then you'd love me, love me
Like you used to do
If I could turn back time


Ale czasu nie da się zawrócić, choć wielu poświęciło życie próbując tego dokonać. Oni przynajmniej mieli cel i do niego dążyli… A co z tymi, którym „nikt nie powiedział, kiedy zacząć biec”, którzy „pewnego dnia odkrywają, że minęło 10 lat” , że „plany spełzły na niczym lub pozostały zapisaną do połowy linijką tekstu”…

Ticking away the moments that make up a dull day
You fritter and waste the hours in an offhand way
Kicking around on a piece of ground in your home town
Waiting for someone or something to show you the way

Tired of lying in the sunshine
Staying home to watch the rain
And you are young and life is long
And there is time to kill today
And then one day you find
Ten years have got behind you
No one told you when to run
You missed the starting gun

And you run, and you run to catch up with the sun, but it's sinking
Racing around to come up behind you again
The sun is the same in a relative way, but you're older
Shorter of breath and one day closer to death

Every year is getting shorter
Never seem to find the time
Plans that either come to nought
Or half a page of scribbled lines
Hanging on in quiet desparation is the English way
The time is gone
The song is over
Thought I'd something more to say

Ale nie zawsze jest tak źle. Wraz z upływem czasu stajemy się wszak również mądrzejsi i bardziej doświadczeni. Niektórzy twierdzą również, że „czas nas uczy pogody”.

W przyszłość też można różnie patrzeć. Chyba wszyscy zastanawiamy się, jaka będzie starość. Może właśnie taka?

Tempus neminem manet, czas nie czeka na nikogo. Żeby docenić wartość roku, porozmawiaj ze studentem, który zawalił egzaminy; żeby docenić wartość miesiąca, porozmawiaj z matką, której dziecko urodziło się za wcześnie; żeby docenić wartość godziny, porozmawiaj z kochającymi się ludźmi, którzy czekaja na spotkanie; żeby docenić wartość minuty, porozmawiaj z człowiekiem, który spóźnił się na pociąg; żeby docenić wartość sekundy, porozmawiaj z kimś, kto przeżył wypadek; żeby docenić wartość ułamka sekundy, porozmawiaj ze sportowcem, który zdobył srebrny medal na olimpiadzie. „Czas nie czeka na nikogo, na nikogo, musimy sobie zaufać, bo nie będzie przyszłości, czas nie czeka na nikogo”…

sobota, 23 lipca 2011

Seans trzeci : "Lato, latem, o lecie"

Witajcie słuchacze i czytacze.
Dziś będzie letnio. Ale nie pod względem emocji. A że lato, było nie było, powinno być gorące, proponuję od razu szykować sobie różne napoje orzeźwiające.
Najpierw jednak trzeba to lato znaleźć. A jeśli mamy iść pieszo, to może coś ciepłego na początek? Co powiecie na duży kubek pysznej zielonej herbaty z opuncji? Nie zapomnijcie tylko, że zieloną herbatę zalewa się wodą już lekko przestudzoną, nie wrzątkiem. Wrzątek zostawimy sobie na zimę. Więc herbatka w rękę i „piechotą do lata”.

Minął maj, minęły bzy, minął już nawet czerwiec. Chyba już dalej nie trzeba iść, tylko trzeba się rozejrzeć, a do tego proponuję następny letni napój, wczesno - letni, kompot z truskawek. Truskawki myjemy, usuwamy szypułki, wrzucamy do garnka, dosypujemy dwie łyżki cukru na kilogram owoców, zalewamy wodą i gotujemy. Podajemy schłodzony, z pływającą dorodną truskawką i listkiem mięty. Napijmy się i poszukajmy lata razem z Chrisem Rea.

Teraz kiedy już znaleźliśmy lato, możemy się napić czegoś mocniejszego. Hiszpanie wypijają jej całe hektolitry, również latem. Mowa o Sangrii. To do roboty! Potrzebujemy 1,5 l czerwonego wytrawnego wina, 2 szklanki soku z pomarańczy, 1/4 szklanki cukru pudru, 4 duże obrane, pokrojone w plastry brzoskwinie - mogą być brzoskwinie z puszki, 2 pomarańcze pokrojone w plastry, 1 cytrynę pokrojoną w plastry, 1 szklankę wody mineralnej gazowanej, pół szklanki brandy. Wszystkie składniki starannie mieszamy przy użyciu drewnianej łyżki i letnie wino gotowe. Tylko uwaga – szybko uderza do głowy, a potem…
When I woke up the sun was shining in my eyes
My silver spurs were gone, my head felt twice its size
 She took my silver spurs, a dollar and a dime
And left me craving for more summer wine...

Latem zawsze dobrym pomysłem jest woda mineralna. Gazowana czy nie, z dodatkiem minerałów, czy bardziej przypominająca „kranówkę”, czysta czy smakowa, możliwości są nieskończone i to nie ma nawet wielkiego znaczenia. Ważne, żeby była zimna, można dla większego orzeźwienia dorzucić plasterek cytryny. Jest to doskonały napój na plażę. A na plaży można spotkać małe żółte bikini w grochy. Najczęściej na kimś. ;)

Na malinowo, na różowo, na złocisto, na czerwono, na brązowo – tak można się opalić na plaży. Wybieram teraz coś na brązowo. Mrożona czekolada, z kulką lodów waniliowych, a na wierzchu jeszcze bita śmietana posypana wiórkami czekoladowymi. Bo „dziewczyny lubią brąz”. J

Oczywiście lato można spędzać nie tylko na plaży. Wtedy mamy do dyspozycji zarówno więcej sprzętu, jak i więcej składników i możemy się pokusić o sporządzenie jakiegoś odświeżającego drinka. Limonkę pokroić na 8 części. 3-4 części wrzucić do szklanki. Dodać garść liści mięty (7-8 dużych), cukier trzcinowy lub syrop cukrowy i ugnieść wszystko razem, aż poczujemy aromat mięty (jeśli korzystamy z syropu cukrowego, dodajemy po ugnieceniu). Szklankę dopełnić kruszonym lodem. Wlać 40 ml rumu, polecany biały, dopełnić wodą mocno gazowaną (unikać mineralnej o wyraźnym aromacie) i zamieszać długą łyżką lub dodać mieszadełko. Dekorujemy gałązką mięty i cząstką limonki. Pijemy przez słomkę i rozkoszujemy się latem w mieście.

Pozostańmy w klimacie zabawy, na przykład przy letnim grillu. Niektórzy twierdzą, że w takich okolicznościach przyrody nie ma nic lepszego niż zimne piwo. Dla pań z sokiem, dla panów bez. Albo na odwrót. ;)

Oj, chyba wszyscy trochę zmęczeni. Uspokoimy nastrój. Brzeg każdej szklanki maczamy w wodzie, a potem w cukrze i robimy „szron”. Potem wrzucamy do szklanek kilka kostek lodu i nalewamy wcześniej zaparzonej i wystudzonej herbaty brzoskwiniowej. Dokładamy parasolkę – „summertime – and the livin’ is easy”.

To może jeszcze jeden letni drink? Do szerokiego kieliszka wrzucamy pokruszony lód, wlewamy 20ml grenadiny, 50ml tequili i uzupełniamy sokiem pomarańczowym. Ozdabiamy cząstką pomarańczy zawieszoną na brzegu szklanki i wisienką na szpadce. Drink dobry na letnie noce.

Lato, lato wszędzie,
zwariowało, oszalalo, moje serce.
Lato, lato wszędzie,
a ty, dziewczę, zaraz wpadniesz w moje ręce.
Piszę i wymyślam słowa piosenki
żebyś pomyślała jak jestem wielki.
I nie wiesz, że to własnie ja
chcę dać ci wielki wina balon.
No i czego, czego jeszcze chcesz?

Wina balon? własnej roboty? to już niczego. :)

Latem w mieście tyle słońca, że aż może zakręcić się w głowie. Spróbujmy zatrzymać to wirowanie przy pomocy chłodnego mlecznego koktajlu, zwłaszcza że powoli zbliżamy się do końca.  Do wysokiego naczynia wsypujemy owoce (truskawki, maliny lub jagody), wlewamy mleko, wsypujemy łyżkę cukru i miksujemy. Po schłodzeniu nalewamy do szklanek i ozdabiamy owocami.

Pora się żegnać. Lato też kiedyś w końcu odejdzie i nie można będzie się razem z nim zabrać w podróż, bo pory roku mają to do siebie, że nie mogą trwać. Zrobi się chłodno, więc na koniec proponuję po prostu gorącą herbatę z cytryną.

piątek, 15 lipca 2011

Seans drugi : "Co potrafi kobieta?"

Witajcie, słuchacze i czytacze.
Dziś będą u nas śpiewać same kobiety. Postanowiłam dać im pierwszeństwo, zaraz po słowie „muzyka”, które też zresztą jest rodzaju żeńskiego. Jest tyle śpiewających kobiet, że mój wybór na dziś na pewno nie wyczerpie tematu. A są tak różne, jak tylko kobiety potrafią być.
Zacznijmy więc od piosenki nie tylko śpiewanej przez kobietę, nie tylko o kobiecie, ale nawet pod tytułem „Woman”, czyli „Kobieta”. Neneh Cherry, raperka, DJ, wokalistka, autorka świetnej moim zdaniem, a niedocenionej na rynku muzycznym płyty „Homebrew”,  pokazuje nam jaki jest los kobiety, chciałoby się powiedzieć – esencja losu. Na mnie zawsze największe wrażenie robi fragment „Jestem kobietą stworzoną, aby trwać” – bo kobiety są silne. Między innymi. ;)
You gotta be fortunate
You gotta be lucky now
I was just sitting here
Thinking good and bad
But I'm the kinda woman
That was built to last
They tried erasing me
But they couldn't wipe out my past
To save my child
I'd rather go hungry
I got all of Ethiopia
Inside of me
And my blood flows
Through every man
In this godless land
That delivered me
I've cried so many tears even the blind can see

This is a woman's world.
This is my world.
This is a woman's world
For this man's girl.
There ain't a woman in this world,
Not a woman or a little girl,
That can't deliver love
In a man's world.

I've born and I've bread.
I've cleaned and I've fed.
And for my healing wits
I've been called a witch.
I've crackled in the fire
And been called a liar.
I've died so many times
I'm only just coming to life.

Królowa Zawieszonych Dźwięków, legenda soul,  jazzu i R’n’B, zjawiskowa Sade. Kiedy śpiewa, chmury zatrzymują się w locie, żeby posłuchać, ptaki milkną, poeci zaczynają wstydzić się swych własnych wierszy. Ja zaproponuję dziś piosenkę z drugiego albumu studyjnego Sade, rok 1985, album „Promise”, utwór szósty na longplayu, a ósmy na CD, "Never as Good as the First Time".


Nasza następna piękna śpiewająca kobieta to Sinéad Marie Bernadette O'Connor. Buntowniczka od początku, znana z ogolonej głowy, podarcia zdjęcia papieża, tekstów o największych bolączkach tego świata i utworu „Nothing compares to you”, który napisał dla niej Prince. Ja jednak przekornie zaproponuję inny utwór, chociaż z tej samej nagrodzonej nagrodą Grammy płyty „I do not want what I haven’t got” , piękną kompozycję „Three babies”.

A teraz prawdziwa diwa muzycznego świata, „Bogini popu”, modelka, aktorka, gwiazda telewizji, zdobywczyni Las Vegas,  Cherilyn Sarkisian LaPiere, czyli Cher. Grzechem byłoby nie pokazać jej wielkiego przeboju „If I could turn back time”, ale nie ma człowieka bez grzechu. Ja też zgrzeszę i zamiast tego pozwolę sobie zaprezentować mój ulubiony utwór Cher„We All Sleep alone”, bo wcześniej czy później…


Chodźmy teraz na chwilę do Polski, bo i u nas przecież pięknie śpiewają piękne kobiety. Swój bardzo subiektywny zbiór zacznę od Katarzyny Rooijens, z domu Szczot. Kayah, bo o niej mowa, to już teraz nie tylko piosenkarka, ale business woman. Nagrała mnóstwo przebojowych piosenek, ma też na swoim koncie utwór, który dla mnie jest prawdziwym obrazem kobiety : nawet jeśli z zewnątrz wydaje się jak kamień, wewnątrz jest delikatna i wrażliwa. Jak liść na wietrze.

Klimaty jazzowe, czy może smooth jazzowe, zapewni nam teraz Anna Maria Jopek. Czaruje głosem, czaruje muzyką, czaruje słowami, czaruje całą sobą. Czasem jest jak elektryczna gitara, czasem jak skrzypce, czasem jak tęskne szepty i łzy. 
Tęsknię za Tobą, płaczę po Tobie
Płaczą ze mną rosy i mgły
W ciszy drżą słowa, których nie powiem
Bo rozumiesz je tylko Ty

Tak, kobiety są bardzo różne. A nawet ta sama kobieta potrafi być bardzo różna, w innym momencie, w innej piosence, w innej sukience, w innym nastroju i mamy całkiem inną panią. Pamiętacie „zakręconą” Reni Jusis, której zawirował świat i chciała się bawić do rana? A tą, która śpiewała „wynurzam się z oceanu smutków, z morza łez, z mętnej rzeki wspomnień” ? A tą, która obiecywała „kiedyś Cię znajdę”? To teraz posłuchajcie całkiem lirycznej i jednocześnie uwodzicielskiej Reni „Pozwól, że zabiorę Cię do domu”.

Bardzo lirycznie nam się zrobiło. Pozostaniemy jeszcze na chwilę w takim klimacie, a nawet jeszcze go trochę dosmucimy, bo nie zawsze wszystko w życiu kobiety idzie świetnie.
„Kobieta – oczy suche, ręce rozbiegane.
Bywa kochana.
Wszyscy odchodzą, nawet wiersze odwracają się od niej.
Zawsze w pokojach przechodnich,
mówi
nie
tak,
bez znaczenia.
Jej głos w ciemnościach brzmi jak zachrypnięta wyrocznia.
W tej samotności jest miejsce na jedną osobę.”   ***

Smutno, prawda? Czasem nawet najsilniejsza kobieta czuje się jak „awaria, przerwa w dostawie, pauza, spacja”…

To była Maria Peszek, ze swej drugiej, wydanej w 2008 roku płyty, a wydanej przez Kayax, którego właścicielką jest pani, która śpiewała nieco wcześniej. Maria zawsze twierdzi, że na jej muzykę bardzo duży wpływ ma twórczość Brytyjki Catherine Bush, czyli Kate  Bush. Obdarzona wspaniałym, zmysłowym głosem oraz ogromnym talentem muzycznym twórczyni takich wspaniałych piosenek jak „Wuthering Heights” czy „All the love”  zaśpiewa dziś dla nas piosenkę ze swojego dwupłytowego albumu „Aerial”, wydanego w listopadzie 2005 roku, po 11 latach milczenia.  


Zostajemy na arenie międzynarodowej, żeby oddać głos Annie Mae Bullock, czyli Tinie Turner. Mocny głos, sceniczna charyzma, wizerunek mega gwiazdy, udane duety, świetne piosenki, fantastyczne koncerty – to właśnie ona, a opowie nam o kobietach, których trudna rzeczywistość nie jest w stanie pozbawić marzeń.


Jest jeszcze bardzo dużo wspaniałych śpiewających kobiet i na pewno pojawią się w kolejnych seansach. Ponieważ jednak powoli zbliżamy się do końca dzisiejszego odcinka, zaproszę na scenę więcej niż jedną kobietę na raz. Najpierw duet Aretha Franklin i Annie Lennox w piosence - manifeście "Sisters are doing it for themselves". Dlaczego piosenka - manifest? Poczytajcie, posłuchajcie, popatrzcie...


A na koniec na scenie pojawią się aż cztery kobiety pod znakiem Smokey Joe’s Cafe. SJC to rodzaj kabaretu, rewii, na który składało się 39 piosenek prezentowanych przez kolejnych członków zespołu w różnych kombinacjach, bez dialogów. Piosenki napisali Jerry Leiber oraz Mike Stoller. Przedstawienie było grane na Broadwayu ponad dwa tysiące razy, a jedna z piosenek zyskała dodatkową popularność dzięki wykorzystaniu jej w serialu „Ally McBeal”.  A  to będzie właśnie nasza dzisiejsza ostatnia piosenka : „Woman”, z ostatniego przedstawienia w Virginia Theatre na Broadwayu.  To co potrafi kobieta?

I can wash out 44 pairs of socks and have 'em hangin out on the line
I can starch & iron 2 dozens shirts 'fore you can count from 1 to 9
I can scoop up a great big dipper full of lard from the drippins can
Throw it in the skillet, go out & do my shopping, be back before it melts in the pan
'Cause I'm a woman! W-O-M-A-N, I'll say it again

I can rub & scrub this old house til it's shinin like a dime
Feed the baby, grease the car, & powder my face at the same time
Get all dressed up, go out and swing til 4 a.m. and then
Lay down at 5, jump up at 6, and start all over again
'Cause I'm a woman! W-O-M-A-N, I'll say it again

If you come to me sickly you know I'm gonna make you well
If you come to me all hexed up you know I'm gonna break the spell
If you come to me hungry you know I'm gonna fill you full of grits
If it's lovin you're likin, I'll kiss you and give you the shiverin' fits
'Cause I'm a woman! W-O-M-A-N, I'll say it again

I can stretch! a green black dollar bill from here to kindom come!
I can play the numbers pay the bills and still end up with some!
I got a twenty-dollar gold piece says there ain't nothing I can't do
I can make a dress out of a feed bag and I can make a man out of you
'Cause I'm a woman! W-O-M-A-N, I'll say it again
'Cause I'm a woman! W-O-M-A-N, and that's all.



*** ten wiersz usłyszałam kiedyś dawno temu i nie znam autora...

piątek, 8 lipca 2011

Seans pierwszy : „Z muzyką w tytule”

Witajcie, słuchacze i czytacze.
Muzyka, prawie jak koń, jaka jest – każdy widzi. Trudno jednak byłoby nie zacząć pierwszego seansu na blogu muzycznym od samej muzyki. Jak to mam napisane w podtytule : muzyka była moją pierwszą miłością i będzie ostatnią, muzyka przyszłości i muzyka przeszłości…

John Miles stworzył, wraz ze swym basistą Bobem Marshallem, kilka singlowych hitów, choć żaden nie był tak popularny jak „Music was my first love” z 1976 roku. Prawie chciałoby się go nazwać artysta jednego przeboju…
Nie można tego powiedzieć o Madonnie, która jest istną maszynką do produkcji piosenek zdobywających potem listy przebojów. A więc – „hej, panie DJ, włączamy płytę, bo chcę potańczyć z moim ukochanym!”

Był pan, była pani, pora na zespół. Lata siedemdziesiąte, cekiny, błyskotki i logo, używające czcionki News Gothic zaprojektowane przez Rune Soderqvista, któż go nie zna? Pochodzi od pierwszych liter imion członków zespołu :  Agnetha, Benny, Björn, Anni-Frid  - „Thank you for the music”

Teraz oddam głos Artyście, jak sam o sobie mówił na pewnym etapie swego tworzenia. Prince, piosenką z albumu  o tym samym tytule, rok 2004, będzie nas uczył o muzyce :
„Call it what u like
I'm gonna call it how it b
This is just another one
Of God's gifts
Musicology”

Po wydaniu tej płyty, w paru wywiadach można było usłyszeć jak Prince mówi, że chciałby, żeby ta płyta dostarczyła słuchaczom „muzycznej edukacji”.
Oczywiście muzyka ma też zastosowanie jeśli chcemy powiedzieć przy jej użyciu o czymś zupełnie innym. Na przykład o tym, że pewnego dnia świat będzie piękny jak muzyka, a każdy będzie chciał śpiewać. Tak przynajmniej twierdzi Alicia Keys w piosence „Sweet music”.


Na pewno macie też tak, że pewne piosenki kojarzą wam się z pewnymi osobami, z ukochanym/ukochaną, przypominają wspólnie spędzone chwile. „When I hear the song, I know that we belong, you are the music in me” – tak śpiewają Vanessa Hudgens i Zac Efron w „High School Musical 2”, disnejowskiej produkcji z 2007 roku, kontynuacji filmu Kennego Ortegi.

Do tej pory szukaliśmy muzyki w tytule poza granicami naszego kraju. Ale przecież i u nas są artyści, którzy muzykę uważają za coś najważniejszego w życiu. Zacznijmy od tych, którzy twierdzą, ze „Życie jest muzyką”.

Oczywiście, nie omieszkali dodać, że życie jest muzyką, póki nasze serca nie przestaną kochać, ale prawda jakie piękne porównanie? Życie jest muzyką…
Teraz trochę mocniejsze brzmienia i trochę bardziej ponury klimat. Gothic Rock w najlepszym wydaniu, zespół Closterkeller z albumu „Violet”. „Puste jest moje serce, gdzieś uciekł śmiech […], pytam czy istnieje jeszcze coś, co pobudzi mnie dłużej niż na kilka chwil […], muzyka, słyszę  ją, słyszę ją, ona gra, ona gra we mnie tu”

Po damskim głosie Anji Orthodox przyszedł czas na głosy męskie, męskie granie, „Męska muzyka”. Panowie Waglewski, Fisz i Emade dość przewrotnie twierdzą, że :
To męska muzyka i męski rym
Trochę utyka, dużo wina w nim
Nieraz lekko sie słania i bredzi, i klnie
Bez udawania, ze jest innym niż jest
Sam wiesz
Raczej rzadko zawodzi w sensie wzdycha i łka
Patos jej szkodzi, osłabia łza
Raczej rzadko zawodzi w sensie można ufać jej
Nie powinna przysłodzić i pociechy mało w niej
Sam wiesz, sam wiem

Już od rana, przez cały dzień
Z łokcia, z kolana w łeb wpycha sie
I każdej nocy aż po świt
Włazi oknami, wciska przez drzwi

A czasem miękcej bo nie ma co kryć
Że bez serducha nie ma po co żyć
Liryka bo muzyka, ni więcej, ni mniej
Jest rodzaju żeńskiego i kobiety mnóstwo w niej
Sam to wiesz

Zmieniamy rytm, zmieniamy język, choć jesteśmy nadal na polskiej scenie muzycznej. Pieśń wysławiająca muzykę jako najlepszego przyjaciela, znanego od dawna, zaprzysiężonego na zawsze, który nigdy nie kłamie i nigdy nie zawodzi. Ten przyjaciel, choć właściwie powinnam powiedzieć „przyjaciółka” to muzyka dla dziewczyn z zespołu Sistars.
We met each other long time ago,
When I was about'a 3 years old, yeah.
That time we struck up a blood decree,
that none of us is gonna leave the other.
She told me to listen to my heart,
so I could find my source, my pride, yeah.
She never betrayed me, or lied to me.
She's the one I could believe..

My Music
(set me free, filled me)
My Music
(moved my brain, fulfilled me)

„Jaka siła wstąpiła we mnie, pragnę robić to, co kocham, a kocham muzykę. To muzyka na nas działa, powoli wnika, nasze ciała rozpala”. Dziewczyny z zespołu BOSO twierdzą, że kiedy damy się ponieść muzyce, to ona zawsze da nam energie i największe spełnienie. To dajmy na chwilę się unieść słonecznemu rytmowi tej piosenki i poczujmy jak muzyka napełnia nas swoją siłą.

Na koniec zostawiłam klasykę polskiej muzyki. W tytule wprawdzie nie ma słowa „muzyka”, ale za to jest pewien jej gatunek. Zostawię was z pytaniem, które zadaje nam Janek Panasewicz „Co ty masz w sobie, co w sobie masz, moja muzyko?”