Dwuosobowy zespół Douglas Dare słyszałam pierwszy raz jako support przed koncertem Finka w warszawskiej Stodole i zrobił na mnie duże wrażenie.
Douglas Dare* urodził się w Bridport w Wielkiej Brytanii. Jest synem nauczycielki gry na fortepianie. Muzykę zaczął komponować w młodym wieku, jednak tworzenie tekstów piosenek rozpoczął dopiero w 2008 roku, podczas studiów w Liverpool Institute for Performing Arts. Od 2013 roku mieszka w Londynie.
Jego twórczość, porównywana wielokrotnie do Thoma Yorke’a czy Jamesa Blake’a, zwróciła uwagę wytwórni Erased Tapes Records, specjalizującej się w szeroko pojętej muzyce alternatywnej.
Swój pierwszy mini album "Seven Hours" wydał w 2013 roku i ruszył w trasę koncertową z Ólafurem Arnaldsem. Po jej zakończeniu rozpoczął współpracę z producentem muzycznym Fabianem Prynnem, współpraca z którym zaowocowała albumem "Whelm" wydanym w maju 2014. Album zdobył wiele pozytywnych recenzji od krytyków muzycznych, otrzymując wysokie oceny od Exclaim!, The 405, Clash, MusicOMH, BBC Radio 6 Music czy The Quietus.
22 września 2014 roku wydał swój drugi album EP "Caroline / If Only" promowany przez singel „Caroline” a w 2015 ruszył w kolejną "odnogę" trasy koncertowej z zespołem Fink.
112 to jest numer alarmowy ;)
Ostatnio było nawet jego święto i z tej okazji w radio była audycja o tym, z jakimi sprawami ludzie potrafią dzwonić na 112. Ręce i majtki opadają....
Najbardziej załamała mnie pani, która zadzwoniła i powiedziała, że ona się chce poskarżyć na sąsiadkę, która wywiesza na podwórku majtki do suszenia i dzieci to widzą....
A w tym czasie ktoś może umrzeć, bo się nie dodzwoni.
Dla wszystkich, którym przychodzą takie pomysły do głowy - dziś coś na przebudzenie. Słuchać do skutku - aż dotrze do łepetyny.
Edgar Wilmar Froese urodził się 6 czerwca 1944 w Tylży.
Był niemieckim muzykiem rockowym grającym muzykę
elektroniczną, kompozytorem i artystą grafikiem.
Grał na instrumentach klawiszowych (syntezatory, melotron), gitarze
elektrycznej i basowej.
Był założycielem i długoletnim liderem awangardowego
zespołu Tangerine Dream. Objąwszy pełną kontrolę nad grupą Tangerine Dream w połowie lat osiemdziesiątych Froese sterował grupą w stronę łagodnego, przejrzystego brzmienia charakterystycznego dla new age.
Oprócz pracy w grupie wydał szereg płyt solowych.
Solowa muzyka Froese charakteryzuje się nasyconą, gęstą fakturą opartą na
elektronicznym instrumentarium.
Nie robiłam nigdy zestawienie płyt roku, bo jestem raczej z tych lubiących poszczególne utwory. Ale w tym roku pojawiły się takie płyty, że postanowiłam zaprezentować swoją piątkę.
5. Smooth Jazz Cafe 14
Kolejny, dwupłytowy zestaw utworów spod znaku smooth jazzu w wyborze Marka Niedźwieckiego. Nie jest tak powalający jak to bywało z niektórymi poprzednimi, ale warto słuchać, daje nastrój, dobrze wchodzi w ucho i ma perełki, które pięknie błyszczą wśród innych utworów. Na przykład ...
4. Fink "Hard Believer"
Płyta niesamowicie "równa", cały czas trzyma słuchającego pięknem muzyki i doskonałością tekstów. Koncert w "Stodole" był świetny a pan Fink wybiera się do nas ponownie w lutym, więc kupować bilety! :)
3. U2 "Songs of Innocence"
Zapowiadali tę płytę od dawna. Niektórzy mówią, że to największe rozczarowanie roku. Nie przesadzajmy - płyta jest na dobrym poziomie. Kto się spodziewał kolejnego "Achtung baby" wiadomo było, że się zawiedzie, każdy artysta ma w swoim życiu tylko jedno arcydzieło. No może dwa ;) Czekamy na część drugą tych życiowych wspomnień. U mnie nic się nie zmieniło, nadal tę sama piosenkę cenię z tej płyty najbardziej...
2. Pink Floyd "The Endless River"
Nie myślałam, że dożyję jeszcze momentu, kiedy wyjdzie nowa płyta Pink Floyd. A jednak było mi to dane. :) I proszę mi nie mówić, że to wcale nie jest nowa płyta, dla mnie jest! I jest bardzo dobra, do słuchania na spokojnie, w całości, wieczorem, może być przy zgaszonym świetle, z małym płomykiem świecy...
1. Muzyka Ciszy 2
Kto otwierał zestawienie - ten je zamyka. Marek Niedźwiecki po raz drugi już zdecydował się złożyć w płytę utwory spod znaku "muzyka jest ciszą, w której słychać muzykę". Ten drugi zestaw jest jeszcze lepszy od pierwszego, również dwupłytowego wydawnictwa. Nie ma w zasadzie piosenek, które nie pasują, może poza dwiema, które moim zdaniem pasują mniej, ale to jest subiektywne spostrzeżenie oczywiście. Płyt można słuchać na okrągło, a to chyba najlepszy dowód, że projekt się udał. :)
Tak, tak, doczekaliśmy się chwili, kiedy w rękę można wziąć nowy album zespołu Pink Floyd. Choć nie wiem, czy "doczekaliśmy się" to jest tutaj właściwe słowo, no ilu z nas tak naprawdę czekało i miało nadzieję, że coś jeszcze wydadzą? Chyba niewielu... A tu - proszę jaka niespodzianka. :)
"The
Endless River" to zbiór kompozycji (w większości bardzo krótkich i instrumentalnych) powstałych podczas sesji do "The Division Bell".
Utwory te nie załapały się na "The
Division Bell" i nie stało się to bez powodu - muzycy Pink Floyd zawsze sami byli swoimi
najsurowszymi krytykami i po prostu wybrali wtedy kompozycje najlepsze z
napisanych. Co nie znaczy, że te odrzucone są złe.
David
Gilmour i Nick Mason, którzy brali udział w powstawaniu
"The Endless River", zdecydowali się
owe skrawki zamienić w ładnie współcześnie brzmiące utwory, a jeden
przekształcić w piosenkę, po czym wydali to w formie płyty. W przedpremiowych newsach podkreślali, że album jest przede
wszystkim hołdem dla nieżyjącego Ricka Wrighta,
podkreśleniem wielkiej roli, jaką jego klawisze odegrały w muzyce Pink
Floyd.
Wszystkie
fragmenty otrzymały wysokiej klasy cyfrową obróbkę, na miarę XXI wieku. Pink
Floyd do brzmienia zawsze przykładali ogromną wagę.
Moim
zdaniem z tych klocków udało się ułożyć całość, całość podzieloną na cztery „strony płyty”, która jest
naprawdę magiczna. Patetyczna "Anisina", w której ładnie na saksofonie i
klarnecie zagrał Gilad Atzmon, a
Gilmour zaprezentował typowe dla siebie
solo z "długimi" dźwiękami. Nieźle zdają egzamin lekko
galopujące "Allons-Y (1)" i
"Allons-Y (2)", a także kościelno-mszalny "Autumn '68". Dobre wrażenie robi niepokojący, elektroniczny
"Calling". Całość zamyka jedyna piosenka, "Louder Than Words", z
tekstem napisanym współcześnie przez żonę Davida, Polly Samson. W tych utworach pobrzmiewa "Division Bell", ale też wcześniejsze echa, jak z płyty "Wish you were here", "Animals" czy nawet "The Wall". Dla mnie absolutnym numerem jeden jest
„It’s what we do”, doskonałe klawiszowe tło, piękna gitara i typowo
floydowska atmosfera.
Płyta wzbudza na razie sporo kontrowersji, niektórzy uznają ja za przeciętną, inni za doskonałą. Warto wsłuchać się w nią i ocenić samemu, dać się ponieść klimatowi, zanurzyć w tej „rzece bez końca”. Zwłaszcza, że rzeka o nazwie Pink
Floyd jednak ma swój koniec i właśnie do niego dociera: muzycy twierdzą, że jest to ich
ostatnia płyta…
Tytuł naszego dzisiejszego spotkania to, jak zapewne
zauważyliście, cytat z utworu powyżej: „Pilgrim” z najnowszej płyty Finka.
Któż to jest Fink i jakie były te jego „skromne początki”?
Fin Greenall, bo tak brzmi jego prawdziwe imię i nazwisko, urodził
się w 1972 roku w Kornwalii, natomiast dorastał w Bristolu. Jako nastolatek
słuchał muzyki takich zespołów, jak The Cure, The Smiths, The Orb, interesował
się także muzyką afrykańską. Pod ukończeniu nauki na studiach na kierunku
historii i anglistyki Fin założył z kolegami z uczelni projekt muzyczny EVA,
grający muzykę techno. W 1993 roku muzycy podpisali kontrakt z wytwórnią Kikin'
Records. Po rozpadzie zespołu Greenall zaczął działać na rynku muzycznym dla
kilku londyńskich wytwórni muzycznych, m.in. Virgin, Def Jam i Sony. W tym
samym czasie rozwijał się jako twórca remiksów (m.in. utworów Ryūichi Sakamoto
i Elbow), producent muzyczny oraz DJ.
W 1997 roku ukazał się debiutancki singel Greenalla – „Fink
Funk”, który zapowiadał jego pierwszy album studyjny – Fresh Produce z 2000
roku. W kolejnych latach Greenall porzucił muzykę taneczną i zaczął tworzyć w
klimacie bardziej tradycyjnych brzmień. Efektem zmiany został album pt. „Biscuits
for Breakfast”, wydany w 2006 roku we współpracy z Guy'em Whittakerem i Timem
Thorntonem. Niedługo po wydaniu płyty muzycy postanowili występować razem pod
nazwą Fink oraz podpisać kontrakt płytowy z wytwórnią Ninja Tune.
Podczas trasy koncertowej po Europie i Ameryce, Greenall
zaczął tworzyć materiał na kolejny album. Nowa płyta, „Distance and Time”,
została wydana przez wytwórnię Ninja Tune w październiku 2007 roku. Kolejny album
pt. Sort of Revolution został wydany w 2009 roku. W 2010 roku ukazał się
kolejny album „Perfect darkness”, który przyniósł artyście światową sławę.
„Looking to
closely” to singiel, który promował
wydany w lipcu 2014 album „Hard believer”. Dzięki sukcesowi komercyjnemu
singla, krążek znalazł się w pierwszej trzydziestce list sprzedaży m.in. w
Holandii (8. miejsce w notowaniu Dutch Albums Top100), Niemczech (25. w
Offizielle Top 100) oraz Stanach Zjednoczonych (30. w Heatseekers Albums).
Doskonała jak zwykle muzyka i świetny tekst, opowiadający o tym jak to nie
chcemy przyjrzeć się bliżej niektórym sprawom, jak nie chcemy ich widzieć, bo kiedy
patrzy się za dokładnie widać prawdę, a ta jest brzydka, jak krew pod
paznokciami. Fink czasem pyta czy już jest za późno („Too late”) a czasem
stwierdza, że jest za wcześnie, dlaczego bowiem uczą nas Szekspira kiedy jesteśmy
tak młodzi i nie jesteśmy w stanie zupełnie pojąć, o co właściwie chodzi? (”Shakespeare”)
Nawet powiewając białą flagą „(White flag”) artysta nie poddaje się w
przekazywaniu nam w swoich tekstach tego, co najważniejsze, zwraca nam uwagę,
że czasem sami sobie niepotrzebnie komplikujemy życie, że to co ulotne, wydaje
nam się stałe. („Green and the blue”)
Koncert Finka odbędzie się w warszawskim klubie Stodoła,
14.11.2014. Kto jeszcze nie kupił biletu – niech to natychmiast zrobi. Mam
nadzieję, ze się tam zobaczymy. J
Ta piosenka (pierwszy singiel) ma dokładnie tytuł „The Miracle (od Joey
Ramone)”. The Ramones to zespół, którego koncert gdzieś w głębokich latach 70.
członkowie U2 wspominają do tej pory, jak zjawili się przed kinem w Dublinie
bez biletów, weszli tylnymi drzwiami przy pomocy przyjaciela i przede wszystkim
to, że była to jedna z najlepszych chwil w ich życiu.
Album jest więc swoistą autobiografią zespołu, w kolejnych piosenkach pobrzmiewają echa z całej ich kariery od wczesnych lat 70. kiedy byli zafascynowani muzyką punk aż do elektronicznych wpływów lat 80. Podejmują tematy rodziny, związków, odkrywania życia.
Tytuł albumu nawiązuje do poezji Williama Blake’a, zbioru wierszy pod tym samym tytułem. A więc pierwsze lata – pieśni niewinności. To pozwala mieć nadzieję na ciąg dalszy, przedstawiający resztę ich kariery – pieśni doświadczenia („Songs of Experience”)
Na razie gruchnęło tylko w Internecie, ale jest – nowa płyta U2. Można nabyć przez iTunes, można odsłuchać na oficjalnej stronie zespołu. CD będzie można kupić 13 października. To nieco wcześniej niż pierwotnie zakładał plan, bo ostatnia plotka głosiła, że być może będzie to dopiero w 2015 roku. Na szczęście tak nie jest. J
Album nagrali w Dublinie, Londynie, Nowym Jorku, Los Angeles. Producentami są Danger Mouse, Paul Epworth, Ryan Tedder, Declan Gaffney i Flood. W ostatniej piosence gościnnie wystąpiła szwedzka wokalistka Lykke Li. Moim zdaniem ten własnie utwór „The Troubles” jest prawdziwą perełką. J
Słuchajcie i oceniajcie. Moja mini lista przebojów z tej płyty wygląda na razie tak:
1. The troubles
2. Sleep like a baby tonight
3. Every breaking wave
4. Song for someone
5. Cedarwood Road
6. The miracle
7.California
8. This is where you can reach me
Wzięło mnie ostatnio znów na słuchanie starych piosenek z lat osiemdziesiątych.
Może posłuchacie ze mną? A może nawet potańczycie? ;)
W tym zestawie są też lata dziewięćdziesiąte i trochę nawet siedemdziesiątych, choc mi najbardziej chodziło o te pośrodku ... :)
12 maja 2014 po raz kolejny zawitał do nas na koncert Peter Gabriel. Wystąpił w łódzkiej Arenie przy wypełnionej widowni, na której zasiadło lub staneło 13 tysiecy osób . Przywiózł ze sobą cały fantastyczny zespół obsługi technicznej, muzyków i dwie wspaniałe dziewczyny w chórku: Jennie Abrahamson i Linnea Olsson ze Szwecji. Koncert trwał ponad dwie godziny, a rozpoczął się własnie występem tych dwu pań, które Peter zapowiedział osobiście, pojawiając się znienacka na scenie i wprawiając widzów w stan osłupienia.
Po występie supportu Peter ponownie zajął się konferansjerką, częściowo po polsku, wzbudzając tym entuzjazm widzów. Wyjaśnił, że koncert będzie miał trzy części: akustyczną jako przystawkę, elektryczną jako danie główne i płytę "So" w całości (jeśli dotrwamy, jak to powiedział) na deser. Potem okazało się, że podano jeszcze kawę i sery czyli bisy.
Oto cała lista utworów:
Appetizer: acoustic - full house lights
1.OBUT
2.Come Talk to Me
3.Shock the Monkey
Main course: Electric - white lights
4.Family Snapshot
5.Digging in the Dirt
6.Secret World
7.The Family and the Fishing Net
8.No Self Control
9.Solsbury Hill
10.Why Don't You Show Yourself
Dessert: So - colour lights
11.Red Rain
12.Sledgehammer
13.Don't Give Up
14.That Voice Again
15.Mercy Street
16.Big Time
17.We Do What We're Told (Milgram's 37)
18.This Is the Picture (Excellent Birds)
19.In Your Eyes
Encore:
20.Here Comes the Flood
21.The Tower That Ate People
22.Biko
Publiczność chyba zaskoczyła Petera śpiewając samodzielnie motyw ze "Sledgehammer" przez rozpoczęciem utworu. Jennie Abrahamson sprawdziła się świetnie w roli Kate Bush śpiewając "Don't give up". Fantastycznie wypadło "Digging in the dirt", "Solsbury Hill" i "In your eyes" oraz oczywiście "Biko". Ja najbardziej czekałam na "Mercy Street" i zabrzmiało fantastycznie, ale największe wzruszenie przeżyłam słysząc pierwsze dźwięki "Here comes the flood", bo nie miałam już nadziei, że się pojawi.
Peter kipiał energią, fantastyczne były układy choreograficzne, oświetlenie, kontakt z publicznością. Dwie godziny minęły jak pięć minut. Pozostała koszulka, wymięty bilet, różowa opaska na rękę i wspomnienia...